null

Sąsiedzkie wskazówki: Migrant_kom dawaj ofertę, nie tylko pomoc [Beata z MAL Grójecka 109]

Drukuj otwiera się w nowej karcie
Wspólne gotowanie w MAL Grójecka 109.
Autor: Taisia Zhebryk

Jak zacząć działać z sąsiad_kami? Skąd brać inspiracje i fundusze? Jak zaangażować innych do wspólnych działań? W cyklu "Sąsiedzkie wskazówki" mieszkanki i mieszkańcy Warszawy dzielą się swoimi historiami i podpowiedziami, by innym łatwiej było zacząć działać!

Wyjątkowa Ochota

Plac pod Skrzydłami na warszawskiej Ochocie ma w sobie coś zapraszającego i nie przytłaczającego jednocześnie. Sprawia wrażenie przypadkowo odkrytego zaułka, symetrycznie skomponowanego w dwa piętrowe pawilony okalające słoneczny skwer z fontanną, nad którym góruje typowy spółdzielczy blok mieszkalny. Jeden ze stojących naprzeciw siebie pawilonów jest siedzibą Miejsca Aktywności Lokalnej - MAL Grójecka 109, działającego w ramach Ośrodka Kultury Ochoty.

MAL na Ochocie typowy nie jest. Przede wszystkim w porównaniu z większością warszawskich MAL-i jest duży. Kilka rozległych przestrzennych i jasnych sal zapewnia komfortowe warunki dla wydarzeń kulturalnych systematycznie ogłaszanych w wydawanym  przez pracowniczki programie. Po drugie, znaczną częścią korzystających z oferty MAL-u na Grójeckiej są osoby, które trafiły do Warszawy z zagranicy, czy to w sposób planowy, czy też wymuszony przez okoliczności. Dlaczego przychodzą akurat tutaj wyjaśnia Beata Kwiatkowska, która od dwóch lat koordynuje działalność ochockiego MALu. 

 

Praca z migrantami wymaga zasobów

Ochota jest wielokulturowa od zawsze. Od lat 80. ubiegłego wieku w dzielnicy zaczęli się osiedlać Wietnamczycy, a dzisiaj jest to jedna z bardziej wielokulturowych dzielnic polskiej stolicy, co znajduje odzwierciedlenie w wydarzeniach odbywających się w ośrodku. 

– Jest dla mnie oczywiste, że w każdej z warszawskich dzielnic mieszkają przedstawiciele wielu mniejszości  – stwierdza Beata. – Może na co dzień nie rzucają się w oczy, ale to nie znaczy, że ich nie ma.

Zaznacza jednocześnie, że zachęcenie migrantów do uczestnictwa w działaniach lokalnej wspólnoty nie jest proste.

– Migranci wyjdą z domu dopiero wtedy, kiedy będą mieli możliwość pełnoprawnego uczestnictwa w wydarzeniach organizowanych dla mieszkańców. - oznajmia. – To jest kwestia natury psychologicznej: nikt nie chce czuć, że jest zdany na czyjąś łaskę, że musi prosić o pomoc. Chce brać udział w czymś, co daje mu poczucie równouprawnienia.

 

– Pracuję z migrantami na co dzień i mogę powiedzieć, że jedną z głównych potrzeb w procesie ich integracji jest edukacja społeczeństwa przyjmującego i to na wielu poziomach. – kontynuuje. – Jedną z ważniejszych kwestii jest język. Musimy zadawać sobie pytanie, jakich zwrotów używamy, np. czy wypowiadając pewne słowa nie ranimy innych. To, w jaki sposób mówimy o ludziach, implikuje nasze postawy wobec nich. – kwituje. – Po drugie: liczby. My nie do końca wiemy o jakiej skali zjawiska mówimy. Brakuje nam aktualnych badań. Nie mamy danych, na których moglibyśmy się oprzeć. Sytuacja jest tak dynamiczna, że nawet najnowsze badania dezaktualizują się bardzo szybko. Potrzebny jest stały monitoring procesów migracyjnych. 

 

Jak zaprosić do siebie? Krąg zaprzyjaźnionych instytucji

Skala wewnętrznego oporu i lęku, różnice kulturowe z obu stron stanowią wyzwanie w procesie integracji.  Beata tłumaczy jak MAL-owi przy Grójeckiej udało się ten opór częściowo przełamać.


– Ludzie gromadzący się wokół nas pochodzą z różnych stron świata, ale nie wchodzą tutaj ot tak. – wyjaśnia. – Zbudowaliśmy najpierw szeroką społeczność zaprzyjaźnionych instytucji, które bezpośrednio z migrantami pracują, więc w efekcie, kiedy się tutaj pojawiają, to przychodzą do miejsca, któremu ufają, bo ktoś ich już wcześniej wprowadził. – Człowiek w obcym sobie miejscu, w obcej kulturze, musi mieć wiele odwagi, aby przełamać własny lęk i wejść sam z siebie do jakiejkolwiek publicznej instytucji. – kontynuuje . – Dlatego budujemy przyjazną przestrzeń i poprzez zaprzyjaźnione miejsca zapraszamy na konkretne wydarzenia. Ludzie przychodzą na coś poleconego.


– Jednym z naszych zadań jest oddanie głosu mniejszościom. – mówi. – Kiedy ich słuchamy, jesteśmy w stanie zauważyć, że często nasze kody kulturowe, system, prawo i język, zwroty, których codziennie używamy, mają znaczenie. 

 

Nie pomoc, a oferta

Jeżeli prawdą jest, że kota można zagłaskać na śmierć, to człowieka wchodzącego w nowe środowisko z pewnością można zrazić subtelnymi gestami, chęcią pomocy, nastawieniem być może szlachetnym w swojej intencji, ale przez drugą stronę odebranym jako dyskomfort i pewnego rodzaju ubezwłasnowolnienie.

– Nie chcemy ich infantylizować. - wyjaśnia Beata. – Dla dorosłego świadomość, że ktoś odbiera mu samodzielność poprzez akt narzuconej pomocy, kiedy nie zawsze jej potrzebuje, może być traumatycznym doświadczeniem. Dlatego jest dla nas bardzo istotne, żeby nikim się tutaj nie opiekować. Dajemy przestrzeń i program, w którym każda osoba może uczestniczyć w takim zakresie, jaki sobie wybierze.

Beata podkreśla ten fakt kilkukrotnie. W całej jej opowieści nie obserwuję ekstatyczności, poczucie dziejowej misji. Tak jakby dawała do zrozumienia, że praca jej zespołu jest z gruntu zwyczajna, a imigranci traktowani są tutaj tak normalnie, jak na co dzień traktujemy swoich sąsiadów: staramy się nie narzucać, jednocześnie pozostając miłymi. Powiemy dzień dobry, spytamy o samopoczucie, ale nie będziemy wchodzić w niczyje życie z butami, uzurpując sobie prawo do bycia opiekunami danej osoby.

– Nie jesteśmy ośrodkiem pomocowym - podkreśla Beata. – Chcemy być dostępni, stwarzamy przestrzeń do samodzielności.  

 

Jak zachęcić do wzięcia udziału w wydarzeniach

Co robić, aby w takim razie imigrant odważył się i zechciał przyjść do MAL?

– Trzeba mieć dedykowaną ofertę dla migrantów. - odpowiada Beata. – Z tym, że  czasem szwankują najprostsze sprawy - jak bowiem zrobić śniadanie wielokulturowe, jeżeli w zespole nie ma nikogo, kto by znał choćby podstawy angielskiego? Np. co zrobić, kiedy przyjdzie migrant do MAL, a nie mamy nikogo znającego angielski, ani nawet ulotek w tym języku.

Beata mówi również o krytycznym myśleniu, polegającym przede wszystkim na nawyku zadawania sobie pytań o słuszność codziennych decyzji i wypowiedzianych słów. 

– Staramy się być wobec siebie krytyczni. - opowiada o zespole swojego MAL. – Obserwujemy siebie i swoje reakcje, a potem rozmawiamy o nich. Czy naprawdę słuchamy, czy dana sytuacja została rozwiązana tak, jakbyśmy tego oczekiwały.

 

– Ważne jest, żeby pracownicy miejskich instytucji kultury, a takimi są też niektóre MAL-e, przyglądali się swojej działalności krytycznie.  - postuluje. – Zadawali sobie pytania, czy realizowane projekty, całokształt działalności sprzyja włączaniu i integracji. MAL-e mają potencjał do kierowanie takim procesem i tworzyć trendy sprzyjające wydarzeniom integracyjnym, bądź nie.

Porusza też kwestię braku przedstawicieli mniejszości w strukturach instytucji i ośrodków publicznych.

– Na spotkaniach sieciujących z innymi Miejscami Aktywności Lokalnej często słyszymy, że przedstawiciele mniejszości ich nie odwiedzają. – mówi. – Wydaje mi się, że jednym z powodów może być brak przedstawiciela mniejszości w zespole MAL. Dla nas kluczowe było zatrudnienie osoby z mniejszości, żeby przełamać tę barierę, że ta instytucja prowadzona jest tylko przez Polaków.

Beata nie ma recepty na jedyną skuteczną strategię integracyjną migrantów przybywających do Warszawy. Kreśli jednak pewne ramy tego, co sprawdziło się w jej pracy. Próba spojrzenia na nas samych oczami migrantów z pewnością pomaga w zrozumieniu ich szczególnego położenia.

– Z pewnością będzie nam łatwiej zrozumieć migrantów, kiedy zdamy sobie sprawę, że nasze codzienne, zwyczajne i oczywiste przymioty obywatelstwa: zameldowanie, prawa, które nam przysługują, możliwość korzystanie z usług publicznych - są ogromnymi przywilejami i mamy ich naprawdę bardzo dużo. - podsumowuje.

 

Odkryj sąsiedzką stronę stolicy! Przejdź na Warszawę Sąsiedzką.